| Rekruterzy się nas boją, albo... |
|
| 29.09.2008. | |
|
Albo nie wiem co. Po kilku latach pracy w zawodzie nauczyciela, zwabiony i otumaniony propagandą prasową postanowiłem spróbować czegoś nowego. Nauczycielstwo to w powszechnej świadomości społeczeństwa nie tyle praca co hobby, a osoby parające się tym zajęciem nie zasługują na godne wynagrodzenie. Nie zgadzam się z takim poglądem, ale fakt faktem, że będąc belfrem zarabiałem grosze. Tym bardziej ochoczo zabrałem się za szukanie nowej pracy... Po krótkim czasie doszedłem do wniosku, że osoby prowadzące nabór boją się kandydatów. Dlaczego? Sytuacja bezrobotnego 1 - rozmawiam z panieneczką na temat oferty pracy biurowej, zwykłe HR-owe bla, bla. Dlaczego nie chce Pan być nauczycielem? Jak wyobraża Pan sobie Pracę w naszej firmie? Ile chciałby Pan zarabiać? Zabrakło jedynie pytania o to jakim zwierzęciem chciałbym zostać lub co chciałbym robić za 5 lat. Tak czy siak rozmowa o pracę zbliżyła się ku końcowi więc nieśmiało spytałem w jaki sposób zostanę poinformowany o wynikach tejże rozmowy o pracę. Odpowiedź była rozbrajająco szczera: Zadzwonimy jak się pan zakwalifikuje dalej, a jak nie to wyślemy maila. Aha. Sytuacja bezrobotnego 2 - Dzień Dobry! Chciałbym uczyć w Państwa szkole! - rzekłem, gdy w akcie desperacji stwierdziłem, że oprócz nauczycielstwa do niczego się nie nadaję. W odpowiedzi dowiedziałem się, że Pani oddzwoni najpóźniej pod koniec przyszłego tygodnia, gdy będzie już coś wiadomo. Minęło już trzecie "pod koniec tygodnia", a telefonu jak nie było tak nie ma... Aha. Sytuacja bezrobotnego 3 - zostałem zaproszony na rozmowę o pracę w firmie transportowej. Przyjął mnie sam szef. Oczywiście już na początku zadał najgłupsze pytanie jakie można zadać osobie ubiegającej się o pracę: Ile chciałby Pan zarabiać? Pytanie głupie, bo każda odpowiedź oprócz Jak najwięcej i jeszcze trochę to kłamstwo, które powinno już na starcie eliminować kandydata z dalszego procesu rekrutacji. Na tak postawione pytanie wybełkotałem, że poniżej dwóch kilo na łapę nie mamy nawet o czym rozmawiać i dalej kontynuowałem ów "job interview". Na odchodne dowiedziałem się, że jutro zostanę poinformowany o tym czy zakwalifikowałem się do kolejnego etapu rekrutacji. I zgadnijcie co... Czekam tak już prawie tydzień. W związku z powyższym pomyślałem sobie, że może pracodawcy się mnie boją. Może boją się do mnie zadzwonić i powiedzieć mi prosto w słuchawkę, że jednak się do tej roboty nie nadaję, bo jestem nic nie potrafiącym chłystkiem o wybujałym ego i oczekiwaniach. Szkoda, że osoba szukająca pracy musi mieć odwagę, że pójść w nieznane i odpowiadać na najgłupsze nawet pytania nie mogąc jednocześnie oczekiwać od tej drugiej strony odrobiny profesjonalizmu. Bo oddzwonienie w umówionym terminie to nawet nie jest odwaga, to po prostu elementarny profesjonalizm. ps. Zawsze dzwonią sekretarki. Aż mi się trochę szkoda tych dziewczyn momentami robi jak sobie pomyślę jakich rzeczy muszą się nasłuchać zaraz po tym jak poinformują człowieka, że jednak kolegami z pracy to my nie będziemy. |
| « poprzedni wpis | następny wpis » |
|---|
